Egzaminy zawodowe, matura i program nauczania. Czyli system, który udaje, że nie widzi świata

Od lat siedzę w edukacji technicznej i z roku na rok mam coraz większy problem z udawaniem, że „tak musi być”. Nie musi. Tylko nikomu realnie nie zależy, żeby było inaczej. A najbardziej cierpią na tym uczniowie, którym wspólnie - jako szkoły działające w ramach tego samego systemu - mówimy, że przygotowujemy ich do rynku pracy, podczas gdy przygotowujemy ich głównie do… klucza odpowiedzi.
Dzisiaj egzamin na technika programistę to dwa byty: INF.03 i INF.04.
Na papierze wygląda to nawet sensownie. W praktyce – to jest zderzenie młodego człowieka z technologicznym skansenem i absurdami systemu, który dawno stracił kontakt z rzeczywistością.
INF.03 ma sprawdzać tworzenie stron i aplikacji internetowych oraz baz danych. I brzmi to niewinnie, dopóki nie zobaczymy, jak to faktycznie wygląda. HTML, CSS, czysty PHP na mysqli, trochę JavaScriptu do manipulowania formularzem, jakieś CMS-y, podstawowa grafika, MySQL, czasem Access. Do tego BHP, bo przecież programista bez BHP nie przeżyje dnia. A potem egzamin praktyczny, który wygląda tak, jakby ktoś go zaprojektował kilkanaście lat temu i od tamtej pory tylko zmieniał nazwę pliku PDF.
Te strony są brzydkie. Przestarzałe. Pisane w sposób, którego nikt dziś nie używa w normalnych projektach.
Co gorsza – uczniowie mają problem z nauką nie dlatego, że to jest trudne, tylko dlatego, że to jest bez sensu. Uczymy technologii w sposób wymuszony przez egzamin, a nie przez logikę rynku. Nie uczymy myślenia, projektowania, architektury, tylko schematu: tu formularz, tu zapytanie, tu echo. Wystarczy nauczyć się kilku wzorców, nawet na pamięć, i każdy ten egzamin zda. Naprawdę każdy.
Tylko czy o to chodzi? Czy naprawdę chcemy wychowywać ludzi, którzy potrafią odtworzyć 10 funkcji z głowy, ale nie rozumieją, po co one są? Którzy budują strony tak, jak robi się to dziś tylko w najtańszym freelansie, po 20 stron miesięcznie po 1000 zł, a potem i tak wszyscy mają problem z aktualizacją, bezpieczeństwem i wydajnością? Ten egzamin nie sprawdza umiejętności rynkowych. On sprawdza zdolność dopasowania się do absurdu.
INF.04 jest teoretycznie lepszy.
Pojawiają się frameworki, React albo Angular, trochę backendu, programowanie obiektowe, desktop, mobile, testowanie, Git, Scrum. I tak – to jest bliżej rynku niż INF.03. Ale tylko bliżej, nie blisko. Część teoretyczna dalej nie weryfikuje realnej wiedzy, tylko efekty kształcenia z podstawy programowej, która powstała tak, żeby szkoły publiczne „dały radę”, a nie tak, żeby uczniowie byli przygotowani do pracy. Zadania praktyczne i algorytmy dalej wyglądają jak sprzed kilkunastu lat.
To nie są case studies z firm.
To nie są zadania z rozmów rekrutacyjnych.
To są szkolne wydmuszki.
I teraz dochodzimy do momentu, w którym wiele osób pyta: dlaczego tak to wygląda?
Odpowiedź jest brutalnie prosta.
Czy szkoły publiczne stać na zatrudnianie programistów, którzy są aktywni na rynku? Nie.
Od czasu do czasu trafi się jakiś freak, który chce zmieniać świat, mentorować młodych ludzi i zgodzi się na pieniądze, które w kontekście stawek rynkowych są śmieszne. Ale to są wyjątki. W większości szkół nauczyciele tych zawodów to osoby, które po prostu uczą. Nie tworzą aplikacji w firmach, nie dowożą produktów, nie zderzają się z klientami, skalą, odpowiedzialnością. Czasem są to wykładowcy akademiccy, którzy też są oderwani od rzeczywistości.
Prawda jest taka, że jeśli specjalista IT wyjdzie z rynku i przez pięć lat będzie pracował tylko w szkole, to wypada z rynku.
Ostatnie pięć lat zmieniło technologię dramatycznie. Kolejne pięć zmieni ją jeszcze bardziej. A my dalej udajemy, że certyfikat technika programisty coś dziś znaczy. Nie znaczy. Firma i tak zweryfikuje kompetencje. I dlatego po technikum dalej bardzo trudno jest dostać się do sensownej pracy. Rynek jeszcze tego wykształcenia nie respektuje – i nie bez powodu.
Czy dałoby się to poprawić? Oczywiście. Tylko że sama CKE mówi wprost, że to trudne, kosztowne i szkoły miałyby problem z realizacją. I niestety - w tym jednym mają rację.
Nawet gdybyśmy zmienili pytania teoretyczne na takie z rozmów kwalifikacyjnych, dobrali technologie z ekspertami z firm IT i zaprojektowali sensowne zadania, to większość szkół nie byłaby w stanie przygotować do takiego egzaminu. A egzaminy i tak sprawdzają nauczyciele po szkoleniach. Znam osoby, które tych nauczycieli szkolą i koordynują ich pracę. To jest system naczyń połączonych, który sam się broni przed zmianą.
I teraz: co robimy my w Techni Schools? Robimy dokładnie to, czego system nie robi. Przygotowujemy do rynku pracy.
Około 90% merytoryki jest skupione na realnych umiejętnościach. Egzaminy zawodowe to może 10% programu. I mówimy uczniom wprost: tak robi się na egzaminie, ale nigdy tak nie róbcie w aplikacji biznesowej. Tak analizujemy zadania CKE. Zróbcie 20 arkuszy i jesteście przygotowani, bo to są te same schematy. Czytając zadania, uczcie się domyślać, o co chodzi w absurdalnych tłumaczeniach pojęć z angielskiego.
Czy to jest trudne? Nie. Ale dla uczniów jest to niezrozumiałe. I często zabija motywację. Bo oni czują, że uczą się czegoś, co nie ma sensu, tylko po to, żeby system się zgadzał.
I to nie dotyczy tylko egzaminów zawodowych. Spójrzmy na maturę.
Średni wynik z polskiego w Polsce to okolice 55–61%. Z angielskiego 76–81%. Uczniowie bardziej boją się polskiego niż angielskiego. Dlaczego? Bo matura z polskiego to literaturoznawstwo, a nie nauka języka. Bo uczniowie nie potrafią napisać podania, wniosku do urzędu, sensownego maila do klienta czy wiadomości na Slacku, w której jasno powiedzą, o co im chodzi. Za to potrafią lać wodę w wypracowaniu według schematu odnoszącego się do lektur, których nikt nie czyta.
I znowu – to my, dorośli, jesteśmy za to odpowiedzialni.
To my zbudowaliśmy świat oparty na internecie, zdalnej pracy i innej formie komunikacji. To my wykreowaliśmy rzeczywistość, w której oni żyją. A potem nie potrafimy dostosować edukacji do świata, który sami stworzyliśmy. To jest dramat.
Jeśli coś ma się zmienić w systemie edukacji, to nie kosmetyka podstawy programowej. Musi się zmienić filozofia. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co ta szkoła ma dać uczniom dalej w życiu. Dostęp do wiedzy? To już nie jest problem. Wiedzy jest za dużo. Problemem jest jej zrozumienie, analiza i praktyczne wykorzystanie.
Musimy nauczyć nauczycieli pracować z młodzieżą.
Bo łatwo powiedzieć, że młodzież nie uważa, nie czyta i „się nie da”. To od dobrych nauczycieli zależy, czy się da.
Musimy budować ekosystem, w którym młodzi ludzie czują się bezpiecznie. Bo dziś tworzymy im przestrzeń, w której czują się ograniczeni, przytłoczeni, samotni i sfrustrowani. Walczą z ludźmi, którzy nie rozumieją świata, który sami stworzyli.
Jako założyciel Techni Schools ciągle dostosowuje szkołę, jej filozofię, framework działania, sposób rozmowy z uczniami.
Czy wszystko wychodzi? Oczywiście, że nie. My też uczymy się co roku od nowa, bo co roku przychodzą nowi ludzie. Testujemy, sprawdzamy, poprawiamy. Wiemy, że jesteśmy jedynie małym drogowskazem w ich życiu, który ma ich wesprzeć.
Czy to docenią? Może kiedyś. Dziś często nie wiedzą, ile serca w to wkładamy. Ale to, że chcą z nami być w szkole i spędzać z nami czas, jest dla mnie sygnałem, że to ma sens. Nawet jeśli potem dostajemy po dupie od urzędów i instytucji, bo jesteśmy inni. My nie robimy tego dla siebie. Robimy to dla młodzieży. I to jest jedyny powód, dla którego dalej chce się z tym systemem walczyć.
Autor: Mateusz Kozłowski - założyciel i CEO Niepublicznego Technikum Programistycznego Techni Schools, programista, nauczyciel, seryjny przedsiębiorca i inwestor.